Uczestnicy z niepełnosprawnością i asystenci poznali kolejne ciekawe miejsce podczas obozu letniego Stowarzyszenia SPES. Tym razem w sierpniu pojechaliśmy do Łapsz Niżnych, w sercu Spisza. Ponownie odłożyliśmy telefony, żeby skoncentrować się na czymś tak pozornie banalnym jak przyjaźń. Przeczytaj relację i dowiedz się, co łączy Małego Księcia, wózek elektryczny i poloneza.
Mały Książę na letnim obozie SPES
Tegoroczny
obóz letni Stowarzyszenia SPES trwał od 5 do 14 sierpnia. Około 30 uczestników z niepełnosprawnością i asystentów zamieszkało w Łapszach Niżnych, w ośrodku prowadzonym przez Zakon Pijarów. A dodać trzeba, że w miejscu z niezwykłym widokiem: po jednej stronie Pieniny, po drugiej Tatry. Nie zabrakło spacerów po pobliskich wzgórzach, ogniska i oczywiście balu, jak zawsze naprawdę eleganckiego. Szykowne stroje, muzyka i polonez sprawiły, że tego wieczoru poczuliśmy się wyjątkowo. Grono asystentów zasiliła liczna grupa młodzieży, w tym harcerzy ze Stowarzyszenia Harcerstwa Katolickiego „Zawisza” z różnych stron Polski. To oczywiście zasługa Staszka, który, gdzie tylko się pojawi, opowiada o obozach SPES i zachęca do tej przygody.
WPŁACAM DAR
Drogi Czytelniku! Prosimy Cię o wpłatę kilkuzłotowej darowizny oraz przekazanie 1,5% podatku na rehabilitację i integrację osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dziękujemy!
Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
Zawsze staramy się nadać obozom SPES jakiś motyw przewodni. Tym razem Mały Książę przyjechał z nami do Łapsz Niżnych. Nie tylko na papierze. Jego planeta, róża i spotkania z kolejnymi mieszkańcami małej asteroidy pojawiały się podczas warsztatów muzycznych i rękodzielniczych. Z bawełnianych płatków powstały piękne róże, a znane wszystkim słowa o oswajaniu nabrały podczas tych dziesięciu dni szczególnego wymiaru. Bo przecież żeby kogoś oswoić, trzeba się spotkać, poznać, porozmawiać, pośmiać i spędzić ze sobą trochę czasu. Tego mieliśmy pod dostatkiem. A wiecie, ile zyskaliśmy czasu, gdy wyłączyliśmy smartfony na 10 dni? Stajesz się bardziej uważny na innych.
Łapsze też miały coś do opowiedzenia
Dzięki gościnności o. proboszcza Dariusza Lorenca SP mogliśmy zajrzeć trochę głębiej w historię miejsca, w którym mieszkaliśmy. Ojciec Darek oprowadził nas po Izbie Regionalnej „Sypaniec”, mieszczącej się w zabytkowym budynku. Wśród zgromadzonych przedmiotów szczególne zainteresowanie wzbudziły stare, ręcznie pisane księgi. Była też okazja, żeby zrobić coś dla naszej lokalnej wspólnoty. Uczestnicy posadzili kwiaty wokół izby i naszego ośrodka. Niby niewielka rzecz, a jednak zostawiliśmy po sobie coś więcej niż tylko wspomnienia. A może właśnie o takie drobiazgi chodziło Małemu Księciu? O uważność na drugiego człowieka i o to, żeby nie tylko być gdzieś razem, ale też coś od siebie dać.
Radość z własnych decyzji
Od 40 lat podczas
obozów SPES staramy się szukać takich rozwiązań, które pozwalają uczestnikom robić jak najwięcej czynności samodzielnie. Dużo zależy od potrzeb konkretnej osoby, jej możliwości, sprzętu, a także od miejsca, w którym mieszkamy. Tym razem mieliśmy jednak sporo przestrzeni do wykorzystania: dużą jadalnię, świetlicę i teren wokół ośrodka. W takich warunkach łatwiej, np. wykonywać obozowe dyżury porządkowe, kuchenne czy zmywanie naczyń.
Dobrze pokazała to historia Adama, który z uwagi na niepełnosprawność fizyczną musi korzystać z wózka inwalidzkiego. Na tegoroczny obóz zabrał model elektryczny. Dzięki niemu mógł swobodnie poruszać się po części budynku i sam wybierał, dokąd chce pojechać. Nie musiał czekać, aż ktoś go przemieści – mógł po prostu ruszyć do jadalni, świetlicy czy na spotkanie z innymi. Szczególnie cieszyliśmy się, widząc go podczas balu. Nie tylko znalazł się wśród tańczących i bawiących się uczestników, ale mógł samodzielnie przemieszczać się po sali i uczestniczyć w wydarzeniu na własnych zasadach. Ten błysk w oku Adama mówił chyba wszystko.
WPŁACAM DAR
Drogi Czytelniku! Prosimy Cię o wpłatę kilkuzłotowej darowizny oraz przekazanie 1,5% podatku na rehabilitację i integrację osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dziękujemy!
Czy warto tracić dla siebie czas?
Dziesięć dni minęło szybko. Zostały róże, zdjęcia i inne pamiątki, a w pamięci górskie widoki, wspólne chwile i wiele drobnych historii. I chyba jeszcze coś. Przekonanie, że warto dawać sobie czas. Bo przecież – jak mówi Mały Książę – „Straciłeś dla mnie tyle czasu, że poczułem się ważny”. To zdanie jest trochę przewrotne. Jeśli poświęcam komuś swój czas, to znaczy, że nie jest mi obojętny. Uważność na drugiego człowieka, rozmowa, wspólne działanie i zwyczajne bycie obok tworzą przestrzeń, w której może narodzić się relacja i przyjaźń. Nasze doświadczenie pokazuje też, że działa to w obie strony. Łatwo zobaczyć w osobach z niepełnosprawnością przede wszystkim tych, którzy potrzebują pomocy. Tymczasem to tylko część obrazu. Uczestnicy, korzystając ze wsparcia asystentów, na miarę swoich możliwości współtworzą codzienność, wykonują konkretne zadania. A przy tym wnoszą do relacji radość, ciepło, poczucie humoru, zaufanie i bliskość. Wolontariusze często mówią po obozie, że dostali więcej, niż dali. Może więc właśnie na tym polega nasza „strata” czasu. Tracimy go dla siebie nawzajem – i bardzo dobrze.
Dziękujemy wszystkim uczestnikom i asystentom za te wspólne dziesięć dni, za zaangażowanie, cierpliwość, radość i gotowość do bycia razem. Dziękujemy także naszym darczyńcom – dzięki Waszemu wsparciu mogliśmy dofinansować wyjazd i sprawić, że stał się on dostępny dla większej liczby uczestników. A my już dziś czekamy na kolejne „10 Dni Radości” – do zobaczenia na obozie SPES za rok!